Wesołych Świąt po raz drugi

Już drugi raz w ostatnim czasie w naszym regionie nastały Święta Bożego Narodzenia. Tym razem prawosławne. W Puszczy zrobiło się też zimowo choć nadal jakiś dziki smakołyk da się wygrzebać z pod cienkiej warstewki śniegu co chętnie czynimy.

Z okazji Świąt wiele zdrowia, szczęścia, pomyślności oraz wielu smacznych i ciekawych kontaktów z roślinną, puszczańską kuchnią życzą wszystkim

Realizatorzy Projektu

Wesołych Świąt!!!

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzymy wszystkim, a zwłaszcza uczestnikom projektu oraz osobom które w jakikolwiek sposób nas wsparły zdrowia, szczęścia i pomyślności oraz radości teraz jak i w nadchodzącym roku. Dużo smacznych roślinnych potraw na wigilijnym stole i przyjemności w kultywowaniu tradycji nie tylko w Święta ale i na co dzień. Pamiętajmy o mądrości przodków i zadajmy sobie trochę trudu aby ugotować choć w święta pyszne potrawy samodzielnie, a nie poprzestawać na gotowcach ze sklepu. Zdajemy sobie sprawę, że w regionie Puszczy Białowieskiej Święta Bożego Narodzenia będzie obchodzić teraz tylko część (i to raczej mniejsza) mieszkańców ale każda okazja jest dobra aby złożyć życzenia, a w nadchodzące niebawem prawosławne Święta również będziemy o Was pamiętać. Wszystkiego najlepszego i smacznego!!!

Łukasz i Hania – realizatorzy projektu

Podsumowanie

Zbliża się moment, żeby trochę zastanowić się co udało się w naszym projekcie osiągnąć. Oczywiście nie będę tu robił żadnego podsumowania ilościowo – rzeczowego (takie musimy przedłożyć grantodawcy) ale po prostu chciałem się zastanowić co dały nasze projektowe działania i kto na nich skorzystał. Nazbieraliśmy sporo informacji, których część udostępniliśmy na blogu (i będziemy udostępniąć dalej bo ta dziedzina nie przestaje nas interesować mimo, że projekt ma się ku końcowi). Zainteresowaliśmy tematem dzieciaki i jakby wtórnie osoby starsze. Zainteresowało się też trochę osób „postronnych” – rodziców, turystów, starszego rodzeństwa. Każdy mniej lub więcej z tego wyniósł. Najwięcej skorzystaliśmy my sami. Byliśmy tym zajęci najdłużej. Uczestnicy warsztatów i wycieczek się zmieniali, raz byli, raz nie. Osoby udzielające wywiadów przypominały sobie tylko to co i tak już wiedzieli. My wysłuchaliśmy wszystkich wywiadów. W różnych miejscach. Wiele potraw przetestowaliśmy. Czytaliśmy i szperaliśmy w książkach i w necie, żeby poszerzyć swoją wiedzę. I naprawdę sporo jej zyskaliśmy w tej dziedzinie przez rok.
Analizując zebrane w trakcie wywiadów dane, czytając nagrania i przeglądając notatki nie sposób też nie podzielić się z Wami podstawowymi refleksjami na temat dzikich roślin jadalnych, ich tradycyjnym użytkowaniem w Puszczy Białowieskiej i okolicach. Nie sposób nie zastanowić się co nam się wydawało przed i na początku projektu, a jak okazało się, że jest naprawdę. Co się potwierdziło….
Spodziewaliśmy się większej różnorodności dzikich roślin używanych w lokalnej kuchni. Okazało się, że z małymi wyjątkami ilość dzikich roślin wykorzystywanych w kuchni była ograniczona. Głównie pokrzywa, lebioda, szczaw. Do tego chrzan, woda brzozowa, dzikie owoce, grzyby (wprawdzie to nie rośliny ale wpisują się dobrze w kanon kuchni roślinnej). Pojawiał się mniszek lekarski, różne zioła, czasem coś jeszcze ale myśleliśmy, że ludzie będą znali więcej darów przyrody.
Jaki jest tego powód nie wiemy. Czy inne rośliny nie były używane? Czy zostały zapomniane na dobre? Przecież niekiedy słyszeliśmy w wywiadach stwierdzenia typu „ w lesie wszystko się jadło, zwłaszcza gdy brakowało pożywienia” ale na pytanie co konkretnie nie udawało się już często uzyskać odpowiedzi. Może zadziałał tu mechanizm wyparcia. Ktoś, kto cierpiał niedostatek pewnie nie chciał pamiętać, jak musiał zbierać i jeść dzikie zielsko więc zapomniał. A może to często starsze historie i nie ma już wielu ludzi, którzy mogą je pamiętać?
Co się potwierdziło z naszych przypuszczeń?
Na pewno ogólnosłowiańskie umiłowanie ziemniaka i żytniego chleba na zakwasie. Wszechobecność kasz. Uwielbienie kiszenia kapusty i ogórków.
Jakieś zaskoczenia? Coś o czym nie wiedzieliśmy, a okazało się powszechne?
Wiele takich niespodzianek:
Kiszenie kapusty w całych głowach, tołkanica i jej powszechność, kisiel z owsa.

Pani Helena z Łopuchówki

Pani Helena urodziła się w 1954 roku. Od wielu lat nie mieszka już w Łopuchówce (gmina Hajnówka) ale pamięta to i owo z dzieciństwa jak również z opowieści swych wiekowych sąsiadek.

Z potraw z udziałem dzikich roślin doskonale pamięta gotowane przez jej mamę zupy z pokrzyw, lebiody bądź szczawiu. Podstawą takich zup były zawsze ziemniaki, zieleninę dodawano na końcu.

Na przedwiośniu zbierano sok z brzozy.

Sąsiadki – starsze kobiety opowiadały jej gdy była mała jak podczas II-iej wojny światowej ludzie jedli „wszystko”. Ponieważ „Niemcy bali się chodzić do lasu” ludzie cierpiący głód spowodowany przedłużającą się okupacją tam właśnie szukali pożywienia. Jedli żołędzie, dzikie owoce i ogólnie co popadło ale szczegółów pani Helena nie zna – nie pamięta co sąsiadki dokładnie opowiadały. Za jej życia żołędzie służyły już wyłącznie do karmienia świń po ich uprzednim zmieleniu.

Spożywano też szczawik zajęczy – na surowo.

Podstawowym pożywieniem był chleb, mleko i ziemniaki. Spożywano je po ugotowaniu „na sypko”, jako składnik zup, w formie babki ziemniacznej lub tołkanicy. Dwie ostanie potrawy pieczono na ogół w piecach chlebowych rozgarniając niedopalone żary na boki. Pieczono w naczyniu zwanym wiercicha. Mówimy gospodyni, że w innych rejonach Puszczy to naczynie zwano werciacha. „U nas mówiono innym językiem niż na północy Puszczy ludzie mówią, tam mieszkają Dzierhuny”. Rozmówczyni nie wie czemu tak nazywano sąsiadów z północy, „chyba przez ten ich język ale tak nie mówcie, bo mogą się obrazić. Nas z kolei przeywano Korolowcami, a ogólnie mieszkańców Podlasia Zabugowcami.” Nie spotklaiśmy się wcześniej z takimi „wyzwiskami”, motyla noga.🙂

Wprawdzie potrawy mięsne nie są tematem naszych badań ale kobieta wspomina, że mięso przechowywano na strychach osolone i zaszyte w sadło.

Z kasz spożywano grykę, jęczmienną i kaszę z prosa (jakkolwiek nazywanie jej kaszą jaglaną to dla naszej rozmówczyni nowość). Jej mama siała grykę, siało się ją wszędzie gdzie były piaszczyste gleby.

Pobliski młyn znajdował się w Hajnówce i tam gospodarze wozili zboże do zmielenia. Kobieta nie przypomina sobie, żeby w jej wsi ktoś za jej życia używał żaren.
Młyn oczywiście pochodził z lnu. O rzepaku jeszcze wtedy nikomu się nie śniło.
„A olej z konopii?” – pytamy?
„Nie, konopie tylko wszyscy hodowali na włókno, na worki, każda kobieta umiała tkać na krosnach. Tkało się więc również i worki. Były bardzo wytrzymałe. Inne rzeczy chętniej tkano z lnu. Nikt wtedy nie zdawał sobie sprawy, że takie konopie to ma coś wspólnego z narkotykami. U każdego to rosło wielkie.”
„Kapustę kiszono w całych głowach czy szatkowano?”
„Niektórzy kisili 2 rodzaje – takie i takie, u nas w domu to tylko szatkowaną, no może czasem mama wetknęła ze dwie główki pod spód.”
Piekło się etapowo: „Mama wyjęła [z pieca] chleb to wkładała bułkę drożdżową, wyjęła bułkę to na koniec jeszcze wkładała w piec na blachach owoce do suszenia: jabłka, gruszki, jagody.
Gołąbki robiono z kapusty kiszonej w głowach. Główny wypełniacz stanowił ryż /kasza jęczmienna z dodatkami.
Wielu znanych obecnie warzyw nie uprawiano (np. nie przypomina sobie selera, pietruszki). Była marchew, burak, „dyń”. „Dużo dynia się hodowało, głównie na pestki, każdy lubił skubać.”
„A na zacierkę?” (tradycyjną w regionie zupę z dyni z mlekiem na słodko z kluskami – zacierkami)
„Też ale głownie na pestki.” Słonecznik jedzono również.
„Każdy miał własne nasiona warzyw do wysiewu, nie było w modzie kupowanie nasion na wiosnę tak jak teraz. Zostawiali ludzie duże żółte ogórki, żeby dojrzały i zbierano nasiona, marchew sadzono na drugi rok z korzenia, żeby zakwitła i zbierano nasiona.”
Cebulki dymki do sadzenia zostawiano przy lub na piecu (byle nie za gorącym) „do wydymienia” (tak naprawdę do wygrzania, bo z dymem proces ten nie ma wiele wspólnego), potem je sadzono.
Pito soki, kompoty, mleko, kwas chlebowy. Żeby ‘wyhodować’ kwas trzeba było zostawić w dzieży do robienia chleba trochę ciasta, żeby skwaśniało.
Jedynymi roślinami strączkowymi znanymi w Łopuchówce był groch i szereg odmian fasoli określanych lokalnie zbiorczą nazwą „błob”. Natomiast ‘prawdziwego’ bobu podobnie jak soczewicy lub soi nie znano.
Groch oprócz tego, że gotowano to również prażono na suchej patelni. Przysmakiem był zielony groszek, jeśli młody, to jedzony z całymi strąkami po ściągnięciu przezroczystych łusek.
Na wiele pytań pani Helena odpowiada „nie wiem” ale od samego początku mówi wprost, że nie uważa się za dobrą kucharkę, bo nie lubi gotować, a w młodości nie miała szansy zbytnio się w ten temat wdrożyć, bo jej mama zarówno ją, jak i siostrę zachęcała do nauki podczas gdy sama zajmowała się kuchnią. Nasza rozmówczyni jest też typem człowieka, któremu wiele potraw nie smakuje. Nawet jej mama mawiała „My z Olą wsjo z’imo, a ty nie to i nie to.”
Jako zmorę dzieciństwa i młodości spędzonej w domu rodzinnym, którą reszta domowników się wprost zajadała wymienia „pryśniak” czyli gotowane ziemniaki wymieszane z mąką pszenną i zapieczone na blasze. Mi potrawa wydaje się obiecująca i będę musiał wykonanie i degustację przeprowadzić niebawem. Nigdy nie miałem problemów z nadwagą, mam szybką przemianę materii, jem dużo i uwielbiam wszystkie te ludowe zapychacze mączne i ziemniaczane typu kluski śląskie, pyzy, kopytka, zeppeliny, knedle, pierogi i inne ziemniaczane babki!
Innym „paskudztwem” okazuje się kulesz – zupa z marchwi, ziemniaków i mleka.
Za to smaczna była wg. badanej „brukwa” czyli brukiew, najczęściej „tuszona” lub jedzona na surowo. „Pyszna, że hej!”
Wekowano słoiki w piecu.
Grzyby suszono, marynowano z octem, solono lub kiszono.
Pani Helena wspomina zupę z zasolonych opieniek, którą często jadła stołując się „u jakiś osób” gdy mieszkała na stancji pracując w Nowej Łuce i nie miała dostępu do swojej kuchni.
Ponoć opienki solono na niemal masową skalę w beczkach. Dobrze wiemy jak ten smaczny grzyb może „obrodzić”, zwłaszcza w Puszczy Białowieskiej w odpowiednich latach i porze roku.
Nasza respondentka lubi zbierać i jeść grzyby. Zna ich wiele gatunków, często nie zbieranych zbyt powszechnie. Przykładem są „wolowe ja’zyki” w miejscu, w którym mieszka obecnie czyli Rafałówce koło Zabłudowa znane pod nazwą worony. Za pomocą wujka Gugla udaje nam się dość szybko sprawdzić, że chodzi o ciekawie wyglądającego sarniaka dachówkowatego.b

 

Pani Stefania z Masiewa Nowego

Nasza gospodyni mieszka tutaj już od 1958 roku ale urodziła się i wychowała 20km od Prużan w kolonii wsi Horodeczno (białoruska część Puszczy Białowieskiej) w 1932r. Pamięta że dawniej, a zwłaszcza tam skąd pochodzi jedzono bardzo proste potrawy. Spożywano dużo kapusty kiszonej lub słodkiej, gotowanej razem z ziemniakami lub oddzielnie. „Kotlety, bułki jedzono tylko od święta. Było mnóstwo pracy, nikt nie miał czasu gotować, jadło się bardzo prosto.”

„Jedzono tołkanicę?” – pytamy.

„Jedzono, tylko my to nazywaliśmy tłuczone ziemniaki, Prawosławni nazywali to tołkanicą” – pani Stefania jest wyznania katolickiego, co na tych terenach jest raczej rzadkością.

„A kasze?”

„Tak, grykę i prośnianą [jaglaną – przyp. red]. Ojciec uprawiał grykę na ziemi VI klasy – na piachu. Ziemia była słaba więc pszenicy nie siali.”

„A owies?”

„Tylko dla koni ale jeszcze siali żyto i jęczmień.”

Okazuje się, że z jęczmienia też robiono kaszę. W domu rozmówczyni nie robiono też popularnego w tych okolicach kwaśnego kisielu z mąki owsianej.

Kobieta pamięta, że gotowano też zupę z pokrzyw lub dzikiego szczawiu z lasu, „nazywano go zajęczy szczaw. Wychodzi więc na to, że w tym rejonie Masiewa podobnie jak w nieodległym Łańczynie, a w przeciwieństwie do innych, badanych przez nas miejsc chętnie gotowano zupy ze szczawiku zajęczego.

Zbierano na na przedwiośniu wodę brzozową, „robione rowki w brzozie i wieszano butelki.”

Kapustę kiszono w beczce. „Na spodzie układano 2 rzędy główek i na to szatkowaną kapustę.Dodawno liśc laurowy, pieprz, marchew, sól.”

Popularna były zupy z kluskami – zacierkami zrobionymi z mąki pszennej z wodą lub z kluskami lanymi – wtedy w skład wchodziło też jajko, robiono rzadkie ciasto, które lano (stąd nazwa) małymi porcjami do wrzącej zupy.

Gospodyni robiła też domowy makaron – 2 jajka, mąka pszenna, woda. Rozwałkowywała ciasto, kroiła na cienkie paski i suszyła. „Kupczy makaron to bez smaku.”

Przygotowywała też często (jak jej mama) pierogi z twarogiem (z odrobiną cukru i jajkiem).

Do ciasta na pierogi nie należało dawać więcej niż jedno, góra 2 jajka, bo inaczej ciasto wychodziło twardę.

Pito „herbatę grodzieńską i kawę zbożową”. Z herbaty robiono esencję, którą potem rozcieńczano z gorącą wodą.

Pani Stefania piekła co tydzień 4-5 blaszek żytniego chleba na zakwasie. Dodawała odrobinę mąki pszennej i drożdży gdy te zrobiły się łatwiej dostępne (to kolejna nowość – do tej pory królował typowo żytni chleb wyłącznie na zakwasie).

Nawet gdy łatwo było dostać chleb ze sklepu kobieta nadal co tydzień wstawiała do pieca świeżą porcje pieczywa. Powód? „Mąż powiedział, że kupczego chleba nie będzie, bo nie smaczny. „Przyjeżdżali koledzy syna ze studiów, bardzo im smakował chleb, który piekłam. Zawsze pytali o niego.”

Zakwas robiono ze starych skórek chleba. 2-3 moczono w przegotowanej, letniej wodzie.

Wierzymy, że chleb naszej gospodyni musiał być smaczny – dostajemy od niej słoik ogórków kiszonych jej produkcji. Są pyszne, odpowiednio twarde, kwaśne i bardzo aromatyczne.

 

Osada leśna Łańczyno

Osada położona jest malowniczo. Jadąc z Olchówki w stronę Masiewa po kilku kilometrach las zaczyna rzednąć. Wtedy wjeżdżamy do Łańczyna i jeśli się od razu nie zatrzymamy to równie szybko z niego wyjedziemy. To BARDZO mała miejscowość. Tylko 2 zamieszkane domy + kilka budynków gospodarczych i wysoki maszt operatora sieci GSM – znak naszych czasów. Od kilku lat szpeci okolicę ale i nocami wprowadza klimat jak z opisywanego przez Tolkiena Mordoru, zwłaszcza gdy jest mgła i jego światła rzucają nań czerwoną poświatę. Ciekawe to miejsce do mieszkania i kilka osób tu mieszka. Coś jedzą i pamiętają na pewno co kiedyś się jadło. Odwiedzamy państwa Irenę (rocznik 49) i Sergiusza (rocznik 47). Klasycznie gospodarze twierdzą, że nic nie wiedzą i nie pamiętają ale ci z kolei odsyłają do starszych osób ze Starego Masiewa (często jesteśmy odsyłani do młodszych).

Pod namową i sugestią, że wystarczy aby przypomnieli sobie co ich babcie gotowały szybko sobie przypominają to i owo. Nasi gospodarze mieszkają tu od 40 lat. Pani pochodzi ze Starego Masiewa, a Pan aż z Nowosadów. Pytam czy kuchnia w Nowosadach różni się od tutejszej. „Kuchnia niezbyt ale język bardzo” – oznajmiają gospodarze. Pan Sergiusz gdy tu przyjechał nie znał miejscowego dialektu – „U nas nie rozmawiało się ‘po lićwińsku’.” „Tu taki białoruski tylko zmieszany, na południe za Hajnówką to za to prawie ukraiński, koło Bielska jeszcze inaczej mówią, dużo tu różnych języków”.

Przez lata nauczył się miejscowego języka perfekcyjnie. „Nie da się poznać, że to wyuczony” – chwali żona. „Jak jadę do siebie to ludzie żartują, że mówię niezrozumiałymi słowami.”

Wiekszość potraw/ produktów się powtarza. Kisiel z owsa czy tołkanica to hasła, które słyszymy praktycznie w każdym puszczańskim domu. Pani Irena lubi kisiel, zwłaszcza na słodko ale pan Sergiusz nie lubi. Mówi, że mu podśmierduje myszami.

Gospodarze wymieniają barszcz czerwony i biały jako główne zupy. Pytam o przepis na biały. Jest prosty: „Ziemniaki kroimy w paski jak na frytki, gotujemy, dodajemy trochę octu, śmietany i gotowe.”

Cebulkę do zup pani Irena dodaje surową, nie podsmaża wcześniej.

Pieczono ziemniaki w mundurkach w piekarniku piecowym jak i wewnątrz piecy kaflowych kuchennych i grzewczych po wypaleniu drewna.

Pito „hałaskę” czyli chłodnik robiony z zakwasu na chleb ze startymi ogórkami lub np. szczypiorkiem.

O zupach z pokrzyw lub lebiody albo sałatkach z pokrzyw (po zastanowieniu się) gospodarze coś chyba słyszeli ale osobiście nie mieli do czynienia.

Pani Irena przypomina sobie, że jej mama robiła z mlecza miód.

Chleb pieczono z żytniej, pytlowej mąki, na którą wożono ziarno do młyna.

Z pszennej mąki pieczono bułki. Zbierano czarne jagody do kompotu. Do tego zbierano poziomki, maliny i oczywiście grzyby. „Maślak to dla mnie nie grzyb” – wyznaje pan Sergiusz. „W ogóle pan maślaków nie zbiera?”- pytamy. „Czasem zbieram ale np. do octu ale źle się to obiera.”

Lubiane są za to kanie, opieńki i różne gatunki surojadek czyli gołąbków.

Za to pozostałych grzybów gospodarze mają spory worek z przed roku ( w tym roku bardzo mało grzybów pojawiło się na Podlasiu). Głównie prawdziwki ale też czerwonogłówce i inne. Dostajemy w prezencie spory woreczek pysznie pachnących wysuszonych grzybów. Będą do zalewajki, na która zakwas kisi się na piecu już od paru dni. Warto porobić wywiady choćby dla tych wszystkich frykasów, którymi nas w trakcie realizacji projektu poczęstowano.

W ogródkach uprawiano marchew, pietruszkę, pomidory, ogórki, które dodatkowo kiszono. Z nieużywanych obecnie warzyw starego typu pani przypomina się bób. Czemu ludzie na dużą skalę zrezygnowali z uprawy tego pysznego, zdrowego i łatwego w uprawie warzywa pozostanie dla nas chyba już na zawsze tajemnicą. Dobrze, że zwyczaj jedzenia bobu odradza się w wielu miejscach.

Wywiad jak wiele innych ale jest jedna ciekawostka, która nie pojawiła się do tej pory, przekonamy się czy to wyłącznie domowy specjał naszych gospodarzy czy roślina będzie powtarzać się w rozmowach z mieszkańcami pobliskich wsi. Chodzi o „silniejszy od zwykłego szczaw zajęczy” czyli pospolity w lasach szczawik zajęczy. Nikt jeszcze o nim w wywiadach nie wspomniał. Podjadano go na surowo ale gotowano też z niego zupę. „ Taki kapuśniak?” – pytam, bo zawsze chodziło mi po głowie ugotowanie kapuśniaku z tej rośliny tylko nigdy nie mogłem się zebrać żeby nazbierać jej większą ilość. „Bardziej taka szczawiówka tylko mocniejsza, bo ten szczaw bardziej kwaśny.” Okazuje się, że na mój pomysł wpadł ktoś już wiele, wiele lat temu.

Na deser dowiadujemy się, że jedzono również „czemruchę” czyli jak się okazuje czosnek niedźwiedzi.

„Robiono cos z niego czy tylko tak na surowo?”

„Nie, tylko o tak o, na surowo.”

IMG_1852[1]
Niewielka to miejscowość ale jaka klimatyczna. Domek z pierwszego planu ponoć został przeniesiony z Białowieży gdzie wybudowano go już w 1913r.
IMG_1848[1]
Suszone grzyby od pani Ireny

Nawet na przedzimiu można podjadać dziką zieleninę

Prawie codziennie chodząc z psem po Puszczy spotykam w dosyć jeszcze suchym olsie całe łany pokrzywy. I oczywiście zbieram sobie na pyszną wzmacniającą herbatkę, sałatkę lub zupkę/smażonkę. Nie mam wtedy ze sobą aparatu ale dziś jadąc przez  północną część Puszczy na rowerze nawet nie musiałem schodzić z asfaltu, żeby pozyskać sporo gwiazdnicy i szczawiku zajęczego. Była i pokrzywa ale dosyć licha. Ta z głębi naturalnego lasu znacznie dorodniejsza.

Zdjęcia trochę nie ostre, bo dzień, zwłaszcza w lesie krótki i ciemno. Tym bardziej powinniśmy jeść dużo dzikiej zieleniny, żeby wzmocnić organizm.

 

kuku 057
Przydrożna gwiazdnica. Doskonała na sałatkę.
kuku 066
Przydrożna pokrzywa. Nieco licha ale gdyby nie dobrobyt pokrzywowy i taką można by przekąsić.

Grupowy wywiad w Podlewkowiu 19.04.2015r.

Jeździmy robić wywiady głównie w weekendy, bo wtedy mamy czas. Tym sposobem w terenie jesteśmy również niedzielą 19.04.2015r. – jest to pierwsza niedziela po prawosławnej Wielkanocy zwana Niedzielą Przewodnią, dzień, w który odwiedza się rodziny i wspomina się zmarłych. Teoretycznie więc w okolicach gdzie wiekszość ludność wyznaje prawosławie o osoby chętne do przeprowadzenia z nimi wywiadów może być trudno. Trafiamy do wsi Podlewkowie. Chwilę rozmawiamy z napotkanym mężczyzną, a następnie pukamy do domu obok. Otwiera młody człowiek, któremu wyjaśniamy co nas sprowadza. Mężczyzna przeprasza, że dziś święto i przyjechali goście ale zachęca do przyjazdu w innym terminie. Żegnamy się i odchodzimy ale za chwilę nasz rozmówca woła nas, żebyśmy wrócili. Skonsultował się z resztą rodziny i wspólnie uznali, że rozmowa na tematy kulinarne przy świątecznym obiedzie to bardziej ciekawostka niż kłopot. Wchodzimy do środka i zastajemy rodzinę siedzącą przy suto zastawionym stole. Gospodarze częstują jedzeniem i alkoholem. Chętnie podjadamy kiszone ogórki z chlebem, ku zdziwieniu częstujących odmawiamy spróbowania licznych, świątecznych, mięsnych potraw gdyż nie jadamy mięsa. Gospodarze kręcą głowami ale szanują nasz wybór oferując sałatki. Na kielicha również nie mogę się skusić, bo „wozem jestem”🙂

Przedstawiamy się sobie. Rodzina jest duża i wielopokoleniowa. Cieszy nas obecność seniorów – to oni powiedzą najwięcej, młodsi członkowie rodziny natomiast pomogą nam naprowadzić ich na właściwy trop.

Miło nam zapoznać panie Annę ur. w 1925 i Wierę ur. w 1929, które są siostrami,  córkę pani Anny, Walę ur. w 1953 i córkę pani Wiery Alę ur. w 1966r., pana Włodka ur. w 1923r. i Mirka r. w 1966, Tomka, rocznik 1976 i Anetę rocznik 1980. Atmosfera jest świąteczna ale luźna i przyjemna. Gospodarze szybko wkręcają się w nową rolę i zaczynają opowiadać dużo i ciekawie.

Dowiadujemy się, że w Podlewkowiu ze względu na słabą, piaszczystą glebę nie uprawiano pszenicy tylko żyto, jęczmień i owies. Do tego konopie na olej i len na słynną zarażkę. Ze strączkowych popularnością cieszyły się soczewica i groch. Hodowano je na zupy ale również mielono po wysuszeniu na mąkę, z której smażono placki z dodatkiem soli i proszku do pieczenia. CDN…

IMGP5173 - Kopia

 

Podpłomyki (padpalonki) z mąką żołędziową

Podpłomyki (padpalonki) z mąką żołędziową

Mąkę pszenną i mąkę z żołędzi (mąki pszennej musi być więcej ponieważ mąka z żołędzi nie zawiera glutenu, który  zlepia składniki) mieszamy z dodatkiem soli, stopniowo dodajemy wody i wyrabiamy dość zbite ciasto. Zostawiamy żeby odpoczęło na 20-30 min. Następnie wyrabiamy ponownie, odrywamy kulki trochę większe niż orzech włoski i rozwałkujemy na cieniutki placek. Pieczemy z obu stron bez dodatku tłuszczu na piecu lub patelni z grubym dnem.

Podpłomyki świetnie smakują z domowym dżemem, orzechami włoskimi i suszonymi owocami.

 

Warzywa pieczone w brytfannie

Warzywa pieczone w brytfannie (żeliwnym naczyniu)

 Składniki:

  • Warzywa korzeniowe w różnych proporcjach (burak czerwony, brukiew, marchew, seler, pietruszka)
  • Ziemniaki
  • 10-14 liści kapusty
  • 2 cebule
  • Liście jarmużu, pokrzywy
  • Olej
  • Pieprz, sól, majeranek

 

Wykonanie:

  • Wyszorowane lub obrane warzywa kroimy w mniejsze kawałki (im mniejsze kawałki tym pieczonka szybciej się zrobi, ale nie polecam kroić zbyt drobno), cebulę w ćwiartki, mieszamy z olejem i przyprawami.
  • Naczynie obkładamy od środka liśćmi kapusty, w środku umieszczamy warzywa, na wierzch również kładziemy liście kapusty.
  • Żeby uzyskać pożywne danie jednogarnkowe możemy dodać ulubioną, podgotowaną roślinę strączkową np. bób, fasolę itp lub zamarynowane kotlety sojowe (namoczone kotlety mieszamy z marynatą: olej, ocet winny, chili, sól, pieprz, zmiażdżony czosnek, zostawiamy na 2 godziny)
  • Pieczemy w ognisku lub w piecu.