Pani Helena z Łopuchówki

Pani Helena urodziła się w 1954 roku. Od wielu lat nie mieszka już w Łopuchówce (gmina Hajnówka) ale pamięta to i owo z dzieciństwa jak również z opowieści swych wiekowych sąsiadek.

Z potraw z udziałem dzikich roślin doskonale pamięta gotowane przez jej mamę zupy z pokrzyw, lebiody bądź szczawiu. Podstawą takich zup były zawsze ziemniaki, zieleninę dodawano na końcu.

Na przedwiośniu zbierano sok z brzozy.

Sąsiadki – starsze kobiety opowiadały jej gdy była mała jak podczas II-iej wojny światowej ludzie jedli „wszystko”. Ponieważ „Niemcy bali się chodzić do lasu” ludzie cierpiący głód spowodowany przedłużającą się okupacją tam właśnie szukali pożywienia. Jedli żołędzie, dzikie owoce i ogólnie co popadło ale szczegółów pani Helena nie zna – nie pamięta co sąsiadki dokładnie opowiadały. Za jej życia żołędzie służyły już wyłącznie do karmienia świń po ich uprzednim zmieleniu.

Spożywano też szczawik zajęczy – na surowo.

Podstawowym pożywieniem był chleb, mleko i ziemniaki. Spożywano je po ugotowaniu „na sypko”, jako składnik zup, w formie babki ziemniacznej lub tołkanicy. Dwie ostanie potrawy pieczono na ogół w piecach chlebowych rozgarniając niedopalone żary na boki. Pieczono w naczyniu zwanym wiercicha. Mówimy gospodyni, że w innych rejonach Puszczy to naczynie zwano werciacha. „U nas mówiono innym językiem niż na północy Puszczy ludzie mówią, tam mieszkają Dzierhuny”. Rozmówczyni nie wie czemu tak nazywano sąsiadów z północy, „chyba przez ten ich język ale tak nie mówcie, bo mogą się obrazić. Nas z kolei przeywano Korolowcami, a ogólnie mieszkańców Podlasia Zabugowcami.” Nie spotklaiśmy się wcześniej z takimi „wyzwiskami”, motyla noga. 🙂

Wprawdzie potrawy mięsne nie są tematem naszych badań ale kobieta wspomina, że mięso przechowywano na strychach osolone i zaszyte w sadło.

Z kasz spożywano grykę, jęczmienną i kaszę z prosa (jakkolwiek nazywanie jej kaszą jaglaną to dla naszej rozmówczyni nowość). Jej mama siała grykę, siało się ją wszędzie gdzie były piaszczyste gleby.

Pobliski młyn znajdował się w Hajnówce i tam gospodarze wozili zboże do zmielenia. Kobieta nie przypomina sobie, żeby w jej wsi ktoś za jej życia używał żaren.
Młyn oczywiście pochodził z lnu. O rzepaku jeszcze wtedy nikomu się nie śniło.
„A olej z konopii?” – pytamy?
„Nie, konopie tylko wszyscy hodowali na włókno, na worki, każda kobieta umiała tkać na krosnach. Tkało się więc również i worki. Były bardzo wytrzymałe. Inne rzeczy chętniej tkano z lnu. Nikt wtedy nie zdawał sobie sprawy, że takie konopie to ma coś wspólnego z narkotykami. U każdego to rosło wielkie.”
„Kapustę kiszono w całych głowach czy szatkowano?”
„Niektórzy kisili 2 rodzaje – takie i takie, u nas w domu to tylko szatkowaną, no może czasem mama wetknęła ze dwie główki pod spód.”
Piekło się etapowo: „Mama wyjęła [z pieca] chleb to wkładała bułkę drożdżową, wyjęła bułkę to na koniec jeszcze wkładała w piec na blachach owoce do suszenia: jabłka, gruszki, jagody.
Gołąbki robiono z kapusty kiszonej w głowach. Główny wypełniacz stanowił ryż /kasza jęczmienna z dodatkami.
Wielu znanych obecnie warzyw nie uprawiano (np. nie przypomina sobie selera, pietruszki). Była marchew, burak, „dyń”. „Dużo dynia się hodowało, głównie na pestki, każdy lubił skubać.”
„A na zacierkę?” (tradycyjną w regionie zupę z dyni z mlekiem na słodko z kluskami – zacierkami)
„Też ale głownie na pestki.” Słonecznik jedzono również.
„Każdy miał własne nasiona warzyw do wysiewu, nie było w modzie kupowanie nasion na wiosnę tak jak teraz. Zostawiali ludzie duże żółte ogórki, żeby dojrzały i zbierano nasiona, marchew sadzono na drugi rok z korzenia, żeby zakwitła i zbierano nasiona.”
Cebulki dymki do sadzenia zostawiano przy lub na piecu (byle nie za gorącym) „do wydymienia” (tak naprawdę do wygrzania, bo z dymem proces ten nie ma wiele wspólnego), potem je sadzono.
Pito soki, kompoty, mleko, kwas chlebowy. Żeby ‘wyhodować’ kwas trzeba było zostawić w dzieży do robienia chleba trochę ciasta, żeby skwaśniało.
Jedynymi roślinami strączkowymi znanymi w Łopuchówce był groch i szereg odmian fasoli określanych lokalnie zbiorczą nazwą „błob”. Natomiast ‘prawdziwego’ bobu podobnie jak soczewicy lub soi nie znano.
Groch oprócz tego, że gotowano to również prażono na suchej patelni. Przysmakiem był zielony groszek, jeśli młody, to jedzony z całymi strąkami po ściągnięciu przezroczystych łusek.
Na wiele pytań pani Helena odpowiada „nie wiem” ale od samego początku mówi wprost, że nie uważa się za dobrą kucharkę, bo nie lubi gotować, a w młodości nie miała szansy zbytnio się w ten temat wdrożyć, bo jej mama zarówno ją, jak i siostrę zachęcała do nauki podczas gdy sama zajmowała się kuchnią. Nasza rozmówczyni jest też typem człowieka, któremu wiele potraw nie smakuje. Nawet jej mama mawiała „My z Olą wsjo z’imo, a ty nie to i nie to.”
Jako zmorę dzieciństwa i młodości spędzonej w domu rodzinnym, którą reszta domowników się wprost zajadała wymienia „pryśniak” czyli gotowane ziemniaki wymieszane z mąką pszenną i zapieczone na blasze. Mi potrawa wydaje się obiecująca i będę musiał wykonanie i degustację przeprowadzić niebawem. Nigdy nie miałem problemów z nadwagą, mam szybką przemianę materii, jem dużo i uwielbiam wszystkie te ludowe zapychacze mączne i ziemniaczane typu kluski śląskie, pyzy, kopytka, zeppeliny, knedle, pierogi i inne ziemniaczane babki!
Innym „paskudztwem” okazuje się kulesz – zupa z marchwi, ziemniaków i mleka.
Za to smaczna była wg. badanej „brukwa” czyli brukiew, najczęściej „tuszona” lub jedzona na surowo. „Pyszna, że hej!”
Wekowano słoiki w piecu.
Grzyby suszono, marynowano z octem, solono lub kiszono.
Pani Helena wspomina zupę z zasolonych opieniek, którą często jadła stołując się „u jakiś osób” gdy mieszkała na stancji pracując w Nowej Łuce i nie miała dostępu do swojej kuchni.
Ponoć opienki solono na niemal masową skalę w beczkach. Dobrze wiemy jak ten smaczny grzyb może „obrodzić”, zwłaszcza w Puszczy Białowieskiej w odpowiednich latach i porze roku.
Nasza respondentka lubi zbierać i jeść grzyby. Zna ich wiele gatunków, często nie zbieranych zbyt powszechnie. Przykładem są „wolowe ja’zyki” w miejscu, w którym mieszka obecnie czyli Rafałówce koło Zabłudowa znane pod nazwą worony. Za pomocą wujka Gugla udaje nam się dość szybko sprawdzić, że chodzi o ciekawie wyglądającego sarniaka dachówkowatego.b

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s