Osada leśna Łańczyno

Osada położona jest malowniczo. Jadąc z Olchówki w stronę Masiewa po kilku kilometrach las zaczyna rzednąć. Wtedy wjeżdżamy do Łańczyna i jeśli się od razu nie zatrzymamy to równie szybko z niego wyjedziemy. To BARDZO mała miejscowość. Tylko 2 zamieszkane domy + kilka budynków gospodarczych i wysoki maszt operatora sieci GSM – znak naszych czasów. Od kilku lat szpeci okolicę ale i nocami wprowadza klimat jak z opisywanego przez Tolkiena Mordoru, zwłaszcza gdy jest mgła i jego światła rzucają nań czerwoną poświatę. Ciekawe to miejsce do mieszkania i kilka osób tu mieszka. Coś jedzą i pamiętają na pewno co kiedyś się jadło. Odwiedzamy państwa Irenę (rocznik 49) i Sergiusza (rocznik 47). Klasycznie gospodarze twierdzą, że nic nie wiedzą i nie pamiętają ale ci z kolei odsyłają do starszych osób ze Starego Masiewa (często jesteśmy odsyłani do młodszych).

Pod namową i sugestią, że wystarczy aby przypomnieli sobie co ich babcie gotowały szybko sobie przypominają to i owo. Nasi gospodarze mieszkają tu od 40 lat. Pani pochodzi ze Starego Masiewa, a Pan aż z Nowosadów. Pytam czy kuchnia w Nowosadach różni się od tutejszej. „Kuchnia niezbyt ale język bardzo” – oznajmiają gospodarze. Pan Sergiusz gdy tu przyjechał nie znał miejscowego dialektu – „U nas nie rozmawiało się ‘po lićwińsku’.” „Tu taki białoruski tylko zmieszany, na południe za Hajnówką to za to prawie ukraiński, koło Bielska jeszcze inaczej mówią, dużo tu różnych języków”.

Przez lata nauczył się miejscowego języka perfekcyjnie. „Nie da się poznać, że to wyuczony” – chwali żona. „Jak jadę do siebie to ludzie żartują, że mówię niezrozumiałymi słowami.”

Wiekszość potraw/ produktów się powtarza. Kisiel z owsa czy tołkanica to hasła, które słyszymy praktycznie w każdym puszczańskim domu. Pani Irena lubi kisiel, zwłaszcza na słodko ale pan Sergiusz nie lubi. Mówi, że mu podśmierduje myszami.

Gospodarze wymieniają barszcz czerwony i biały jako główne zupy. Pytam o przepis na biały. Jest prosty: „Ziemniaki kroimy w paski jak na frytki, gotujemy, dodajemy trochę octu, śmietany i gotowe.”

Cebulkę do zup pani Irena dodaje surową, nie podsmaża wcześniej.

Pieczono ziemniaki w mundurkach w piekarniku piecowym jak i wewnątrz piecy kaflowych kuchennych i grzewczych po wypaleniu drewna.

Pito „hałaskę” czyli chłodnik robiony z zakwasu na chleb ze startymi ogórkami lub np. szczypiorkiem.

O zupach z pokrzyw lub lebiody albo sałatkach z pokrzyw (po zastanowieniu się) gospodarze coś chyba słyszeli ale osobiście nie mieli do czynienia.

Pani Irena przypomina sobie, że jej mama robiła z mlecza miód.

Chleb pieczono z żytniej, pytlowej mąki, na którą wożono ziarno do młyna.

Z pszennej mąki pieczono bułki. Zbierano czarne jagody do kompotu. Do tego zbierano poziomki, maliny i oczywiście grzyby. „Maślak to dla mnie nie grzyb” – wyznaje pan Sergiusz. „W ogóle pan maślaków nie zbiera?”- pytamy. „Czasem zbieram ale np. do octu ale źle się to obiera.”

Lubiane są za to kanie, opieńki i różne gatunki surojadek czyli gołąbków.

Za to pozostałych grzybów gospodarze mają spory worek z przed roku ( w tym roku bardzo mało grzybów pojawiło się na Podlasiu). Głównie prawdziwki ale też czerwonogłówce i inne. Dostajemy w prezencie spory woreczek pysznie pachnących wysuszonych grzybów. Będą do zalewajki, na która zakwas kisi się na piecu już od paru dni. Warto porobić wywiady choćby dla tych wszystkich frykasów, którymi nas w trakcie realizacji projektu poczęstowano.

W ogródkach uprawiano marchew, pietruszkę, pomidory, ogórki, które dodatkowo kiszono. Z nieużywanych obecnie warzyw starego typu pani przypomina się bób. Czemu ludzie na dużą skalę zrezygnowali z uprawy tego pysznego, zdrowego i łatwego w uprawie warzywa pozostanie dla nas chyba już na zawsze tajemnicą. Dobrze, że zwyczaj jedzenia bobu odradza się w wielu miejscach.

Wywiad jak wiele innych ale jest jedna ciekawostka, która nie pojawiła się do tej pory, przekonamy się czy to wyłącznie domowy specjał naszych gospodarzy czy roślina będzie powtarzać się w rozmowach z mieszkańcami pobliskich wsi. Chodzi o „silniejszy od zwykłego szczaw zajęczy” czyli pospolity w lasach szczawik zajęczy. Nikt jeszcze o nim w wywiadach nie wspomniał. Podjadano go na surowo ale gotowano też z niego zupę. „ Taki kapuśniak?” – pytam, bo zawsze chodziło mi po głowie ugotowanie kapuśniaku z tej rośliny tylko nigdy nie mogłem się zebrać żeby nazbierać jej większą ilość. „Bardziej taka szczawiówka tylko mocniejsza, bo ten szczaw bardziej kwaśny.” Okazuje się, że na mój pomysł wpadł ktoś już wiele, wiele lat temu.

Na deser dowiadujemy się, że jedzono również „czemruchę” czyli jak się okazuje czosnek niedźwiedzi.

„Robiono cos z niego czy tylko tak na surowo?”

„Nie, tylko o tak o, na surowo.”

IMG_1852[1]
Niewielka to miejscowość ale jaka klimatyczna. Domek z pierwszego planu ponoć został przeniesiony z Białowieży gdzie wybudowano go już w 1913r.
IMG_1848[1]
Suszone grzyby od pani Ireny

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s